Zaloguj się

 
 
 
Pamiętaj mnie
Opublikowany przez youArtiste® Trudy życia Adasia M. - rozmowa z Anetą Muczyń i Mateuszem Grydlikiem
Tej postaci chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, bo jej sława nie przemija. A to jak bardzo jest postacią kultową nie podlega żadnym dyskusjom. Przed Państwem Adaś Miauczyński w teatralnej adaptacji Dnia Świra, której reżyserii podjęła się Aneta Muczyń. -  […] przygotowując tę rolę rozmawiałem z wieloma osobami i zadziwiające jest to jak wiele z nich identyfikuje się z Adasiem Miauczyńskim. Jak wiele z nich zmaga się z lękami, natręctwami, rozmaitymi paranojami, cichymi przekonaniami czy też mocno wdrukowanymi schematami życia - mówi odtwórca głównej roli Mateusz Grydlik
 
/Dzień Świra, Białołęcki Ośrodek Kultury, reż. Aneta Muczyń, fot. Magdalena Wdowicz-Wierzbowska/

Agnieszka Kobroń: Wypada nam chyba tę rozmowę zacząć od początków powstania spektaklu Dzień Świra. Jak to się stało, że zdecydowałaś się wyreżyserować tak kultowe dzieło, zarówno jeśli chodzi o tekst jak i film Marka Koterskiego?
Aneta Muczyń: Kiedy zapadła decyzja, że wyprodukujemy nowy tytuł teatralny w Białołęckim Ośrodku Kultury (BOK) musieliśmy się dobrze zastanowić co to będzie, bo jak sama nazwa wskazuje nie jesteśmy teatrem a ośrodkiem kultury. To miał być spektakl, którego tytuł będzie nośny, ale też rozpoznawalny, zaś tekst nie powinien być przesadnie posępny z racji tego, że mamy takie czasy a nie inne. Przygotowałam więc kilkanaście różnych propozycji, z których Karolina Adelt-Paprocka, dyrektor BOK, wybrała właśnie Dzień Świra.

Proponując tych kilkanaście tytułów rozumiem, że byłaś gotowa wyreżyserować każdy z nich?
A.M.: To był całkowicie świadomy wybór, a więc były to tytuły z którymi jako reżyserka byłam gotowa się zmierzyć. Dzień Świra był jedną z ostatnich moich propozycji i ta spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem. I jak już wybór się dokonał, zaczęłam wnikliwą lekturę scenariusza, a przypomnijmy, że najpierw był tekst teatralny a dopiero później film, który znamy wszyscy. Ja sama kilka razy go obejrzałam, ale to było naprawdę dawno temu. Dlatego kiedy zaczęłam analizować sztukę, to najpierw złapałam się za głowę, a następnie przestraszyłam swojej rekomendacji. Bo Dzień Świra to naprawdę bardzo trudny tekst na scenę i jak się czyta tę pierwszą wersję napisaną przez Koterskiego, to ona w ogóle nie przypomina filmu. Zresztą, ten tekst ma w podtytule: „m o n o l o g tragikomiczny w trzech odsłonach na dowolną ilość osób”, a wiadomo, że scena karmi się dialogami, a tu jest ich bardzo mało.

Czy ty też złapałeś się za głowę jak dowiedziałeś się, że zostaniesz Adasiem Miauczyńskim?
Mateusz Grydlik: Tu jest zupełnie inaczej, bo o tego rodzaju roli prawdopodobnie wielu moich kolegów po fachu marzy. Nie chce tutaj nic uogólniać, ale ten tekst daje możliwość, żeby pokazać widzowi wielki wachlarz swoich emocji i warsztatu, jak również pozwala nam-aktorom wiele dowiedzieć się o samym sobie. Ja się nie zastanawiałem czy chcę taką rolę, po prostu kiedy pojawiła się okazja, zrobiłem wszystko żeby tę rolę dostać. I z takim przekonaniem poszedłem na casting. Każdy aktor ma jakiś bagaż, zestaw przeżyć czy doświadczeń które go predestynują do jakiejś roli i mimo że jest pewna różnica w wyglądzie między mną, a bohaterem w tekście pisanym, wyglądam młodziej chociaż wiekiem jestem zbliżony, to wydaje mi się, że coś między nami zarezonowało.

Aneta, to teraz ty musisz opowiedzieć o tym castingu. Jak to się stało że wybrałaś Mateusza?
A.M.: Od samego początku wiedziałam, że do tej roli musi być zrobiony casting, bo wybór głównego bohatera nie może być przypadkowy. Co prawda, zrobiliśmy już w BOK trochę przedstawień i mam grupę aktorów, z którymi współpracuję, ale przy tym spektaklu nie mogło być jakichkolwiek wątpliwości. Mateusz wygrał ten casting przede wszystkim dlatego, że jak sam powiedział, ta rola bardzo mocno z nim rezonuje. Ja po prostu zobaczyłam w nim Adasia M. Poza tym, Mateusz ma bogaty wachlarz środków do odpowiedniego wyrażenia tej roli.
M.G.: Muszę dopełnić słowa Anety, bo ja przygotowując tę rolę rozmawiałem z wieloma osobami i zadziwiające jest to jak wiele z nich identyfikuje się z Adasiem Miauczyńskim. Jak wiele z nich zmaga się z lękami, natręctwami, rozmaitymi paranojami, cichymi przekonaniami czy też mocno wdrukowanymi schematami życia. I wydaje mi się, że udało nam się zabrać głos w bardzo ważnej sprawie, że statystycznie większość z nas ma jakieś problemy zbliżone do problemów Adasia.
A.M.: Ja się z tym zgodzę i nawiążę do pierwszego pytania. Wzięcie takiego tytułu na afisz jest bardzo ryzykowne, bo siłą rzeczy będą tutaj porównania z kultowym przecież filmem. Z drugiej strony uważam, że to był bardzo dobry wybór, bo mamy doskonałą szansę, aby powiedzieć o kondycji człowieka, nie tylko mężczyzny. Dzień Świra to jest sztuka o samotności, wypaleniu, nieumiejętności komunikowania się z drugim człowiekiem, o braku narzędzi do tego, żeby w ogóle konfrontować się ze światem. A teatr jest takim medium, w którym te rzeczy mogą silniej i głośniej wybrzmieć. Pierwsze pytanie, które sobie postawiłam to, czy to o czym opowiada tekst jest jeszcze aktualne, czy się nie zestarzało. Może ten tekst nie został napisany bardzo dawno temu, ale wiele się zmieniło. Teraz mamy kompletnie inne czasy. I jak zaczęliśmy coraz głębiej wchodzić w ten tekst i Miauczyński zaczął nam wchodzić coraz bardziej pod skórę, zrozumiałam wagę tego tekstu. I żałuję, że był tak rzadko wystawiany w teatrze.

Chyba każdy gdzieś podskórnie boi się podjąć ryzyko.
M.G.: Bo trudno zmierzyć się z kreacją Marka Kondrata jak i z adaptacją samego Marka Koterskiego. Przygotowując się do tego przedstawienia obejrzałem ten film na świeżo i miałem naprawdę wiele przemyśleń, a to co mnie najbardziej uderzyło, to fakt że mnie ten film w ogóle nie śmieszy. Te wszystkie sceny, które się w nim pojawiają są po prostu śmieszno-straszne, bo możemy się śmiać jak patrzymy na perypetie naszego bohatera, ale jak zajrzymy głębiej to zauważymy jaki ogromny problem ma w kontakcie z innymi ludźmi, że męczy się ze swoimi problemami wręcz śmiertelnie. Ten człowiek jest u kresu. I kiedy w końcu jedzie nad morze odpocząć, dostaje wstrząsu. Mam wrażenie, że on tam jedzie doznać jakiegoś totalnego załamania. A wszystko to, co wydarza się wcześniej tylko to potwierdza. Tego nie ma w filmie, ale co jest w tekście do zauważenia, postacie nie mają imion one są zanimalizowane. Ich imiona sceniczne są nacechowane dużą agresją i pogardą, a to oddaje stosunek bohatera do świata. On po prostu zieje do wszystkich nienawiścią. I jak sobie uświadomimy w jakim stanie jest bohater, to to już nas tak bardzo nie bawi.
A.M.: Myślę, że ta percepcja też wynika z tego, na jakim etapie życia jesteśmy. My z Mateuszem obejrzeliśmy ten film jak byliśmy małolatami, więc to jest zupełnie inna perspektywa. Jak wróciłam do tego filmu po latach (chociaż nie obejrzałam go do końca, bo wiadomo, że zaczynamy się wtedy sugerować…), to rzeczywiście uderzyło mnie to, co teraz w nim widzę, co jestem w stanie z niego wynieść. To naprawdę jest kwestia perspektywy i momentu w naszym życiu. Ten tekst też jest taki, że każdy może się w nim przejrzeć i albo podejdzie do niego poważniej i bardziej na serio, albo po prostu będzie to rozrywka, podczas której można się pośmiać z absurdalnych scen. Generalnie, największym wyzwaniem było zbalansować te dwa żywioły, bo w sztuce Dzień Świra jest tak jak w życiu - pojawia się bardzo cienka granica między groteską a dramatem.

/Dzień Świra, Białołęcki Ośrodek Kultury, reż. Aneta Muczyń, fot. Magdalena Wdowicz-Wierzbowska/
 
Jeśli o mnie chodzi to ja bardzo podobnie odebrałam przekaz waszego spektaklu, jak wtedy kiedy oglądałam film. Natomiast, bardzo poruszyła mnie końcowa scena. Na tyle, że kiedy wyszłam ze spektaklu została ze mną taka myśl, że Adaś miał strasznie smutne i przegrane życie, że tak naprawdę jego życie już się skończyło i nie ma od tego odwrotu.
A.M.: Niewątpliwie bohater ma poczucie życiowej klęski. Mam wrażenie, że jakby zrobić ankietę i poprosić każdego o uczciwą odpowiedź na temat własnego życia, to wiele osób by się zgodziło z frazą: „Nie udało mi się, życie zmarnowałem”. I to jest smutna diagnoza, ale niestety tak jest. Wszyscy mierzymy się z różnymi lękami i frustracjami. Świat od nas dużo wymaga i bywa, że nie jesteśmy w stanie sprostać tym wymaganiom. Poziom samooceny nas Polaków, bo to jest bardzo polski tekst, jest taki a nie inny. Być może dlatego ten scenariusz jest taki rezonujący.
M.G.: Nie wiem czy koniecznie polski tekst, ale jest coś takiego że my wszyscy mamy wdrukowany zasób powinności, jakiegoś paradygmatu życia, że w jakimś wieku już trzeba coś osiągnąć, mieć, myśleć w określony sposób. A zauważając ten brak nagle zdajemy sobie, zresztą niesłusznie, sprawę że nasze życie jest puste czy nieudane. Gdzie czasem warto sobie powiedzieć, nic nie musi być dokładnie takie samo. Nie muszę wcale żyć tak jak moi rodzice. Nie muszę podtrzymywać tych samych tradycji. Nie muszę popełniać tych samych błędów. U Adasia jest to już rozbudowane do granic absurdu, gdzie pilot od telewizora musi leżeć dokładnie siedem centymetrów od brzegu stołu, że najpierw jest gimnastyka a potem picie, ale nigdy odwrotnie. Tej kolejności nie można zmienić. I wiele rzeczy takich jest w naszym życiu. Adaś Miauczyński został wtłoczony w jakiś zestaw powinności i on w tym cierpi, jest więźniem. Dlatego pod koniec spektaklu przychodzi ten moment, że przestaje się szarpać z samym sobą.

/Dzień Świra, Białołęcki Ośrodek Kultury, reż. Aneta Muczyń, fot. Magdalena Wdowicz-Wierzbowska/

Myślisz, że w jego przypadku jest to w ogóle możliwe? Bo jeśli o mnie chodzi, to ja spisałam Adasia na przegraną.
M.G.: W mojej interpretacji, odpowiedź jest twierdząca. Wierzę, że ten człowiek dojrzewa w ciągu tego jednego konkretnego dnia. Że ten człowiek dochodzi do kresu, totalnego załamania, do jakiegoś przełomu w swoim życiu i uświadamia sobie własne ograniczenia. A następnie godzi się żyć z nimi dalej. Być może jest to początek zmiany w jego życiu, być może w końcu przestanie się szarpać sam z sobą, ja mam taką nadzieję i tak też go prowadzę. Wierzę w niego. Zresztą, tak jak rozmawialiśmy z Anetą, o czym ta sztuka jest, to dla mnie jest ona o dojrzewaniu. Przejściu przez tak zwaną smugę cienia, dojścia do momentu w którym człowiek w końcu uświadamia sobie swoje limity, ograniczenia.
A.M.: On po prostu przestaje się bić ze sobą, ale ile ten spektakl zostawia nadziei, to już każdy widz odpowie sobie sam. Ja, podobnie jak ty, patrzę bardziej pesymistycznie na tę postać. Ale to dobrze, że Mateusz ma potrzebę znalezienia pozytywnego punktu i nadziei na jakiś przełom. Przyznaję, dość pesymistycznie odczytałam tekst Koterskiego i on naprawdę mnie przeraził swoim smutkiem. Wiadomo, żeby przygotować sztukę musiałam się w niego zagłębić i z każdym czytaniem moja pesymistyczna wizja była coraz ciemniejsza, a ja odnajdywałam kolejne dna tego smutku. Ta pozorna wesołość i groteskowość jest po coś w tym dziele, one na pewno uwypuklają rzeczy.

/Dzień Świra, Białołęcki Ośrodek Kultury, reż. Aneta Muczyń, fot. Magdalena Wdowicz-Wierzbowska/

A czy to, że ograniczyłaś się do kilku aktorów z czegoś wynika?
A.M.: Tak naprawdę już podtytuł sztuki („monolog tragikomiczny na  d o w o l n ą  ilość aktorów”) sugeruje, że reżyser, który weźmie na warsztat to dzieło ma całkowitą dowolność. Można zrobić monolog, a można równie dobrze obsadzić trzydziestu aktorów, ja sama na pewnym etapie prac myślałam o tym, żeby rozszczepić Miauczyńskiego. To tylko dowodzi tego, jak bardzo różnie można sobie z tym tekstem poradzić. Wybrałam formułę, która wydawała mi się ciekawsza. Na pewno też jest to atrakcyjniejsze dla aktorów, którzy musieli transformować się w różne postacie. Dodatkowo założyłam, że wszyscy od początku do końca mają być na scenie, nie mają możliwości na oddech w kulisach, tylko cały czas są na świeczniku widzów. To daje również wrażenie klaustrofobiczne, że bohater cały czas jest osaczany, a to, co widzimy na scenie, jest projekcją tego co jest w jego głowie… Tutaj naprawdę wszystko jest bardzo uniwersalne i my wszyscy, pracując nad tym tekstem, z każdą próbą coraz więcej rozpoznawaliśmy różnych natręctw i dziwactw Miauczyńskiego w sobie. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczęliśmy się licytować kto ma więcej z Adasia (śmiech).

To teraz musicie już powiedzieć o swoich natręctwach, przynajmniej o jednej rzeczy.
M.G.: To ja muszę się przyznać, że od dziecka nie znoszę twardego celofanu, w jaki najczęściej pakowane są bukiety kwiatów czy prezenty. Dlatego jeśli dostaję tak zapakowane upominki to zawsze kogoś proszę o ich rozpakowanie.
A.M.: Ja nie mam jakiś super atrakcyjnych natręctw, ale przytoczę jedno, które padło podczas naszych prób. Jedna osoba z ekipy wspomniała, że jak wchodzi na schody to zawsze zaczyna od lewej nogi – inaczej nie wejdzie. Dość zabawne, ale to są takie rzeczy, które stają się elementem naszej codzienności i dopiero po jakimś czasie, jak z kimś rozmawiamy, okazuje się, że to jest tylko nasze,  że to coś dziwnego.
M.G.: I takie koszmarki trzymają się nas wszystkich, czy o nich wiemy czy nie, czy o nich mówimy głośno czy nie, dlatego ta sztuka jest tak uniwersalna.



Więcej info:
"Dzień Świra", Białołęcki Ośrodek Kultury
 

Zwiastun spektaklu


 

Autorka wywiadu:



Linki:
        
Polecane kategorie

Uprzejmie informujemy, że w ramach naszej witryny używamy plików cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień oznacza, że akceptujesz otrzymywanie plików cookies.