Zaloguj się

 
 
 
Pamiętaj mnie
Opublikowany przez youArtiste® Miłość kontra dojrzałość - rozmowa z Marcinem Korczem
Życie tej dwójki nie jest ani proste ani łatwe. Chociaż zdarzają się momenty, że chce się powiedzieć: to miłość jak z bajki. Tylko że z jednym małym „ale”…  Więc jeśli chcecie poznać tę niezwykłą historię i to małe „ale” koniecznie przeczytajcie co Marcin Korcz, który wciela się w postać głównego bohatera w spektaklu Przystojniaczek w reżyserii Andrzeja Nejmana ma na ten temat do powiedzenia.
 
 
/fot. mat.prasowy, Teatr Kwadrat/
 

Agnieszka Kobroń: „Przystojniaczek” to określenie pozytywne czy raczej budzące skojarzenia negatywne?
Marcin Korcz: Kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy z Anną Karczmarczyk, jaki tytuł będzie miało nasze przedstawienie, faktycznie, trochę się przestraszyliśmy. Z miejsca wyobraziłem sobie plakat sztuki, na nim twarze moją i Ani, a poniżej gigantyczny napis „Przystojniaczek”. „Że to niby mam być ja?”- pomyślałem. Przyznam, że na początku staraliśmy się ten tytuł zmienić. Jednak, kiedy  rozpoczęliśmy pracę nad spektaklem, przeanalizowaliśmy charaktery naszych postaci i okazało się, że „Przystojniaczek” idealnie pasuje do całości.

Skąd taka zmiana?
„Przystojniaczek” to miano, którym określa się bohater sztuki, Diego. To człowiek skrywający wiele kompleksów, który boi się odkryć przed światem swoją wrażliwość. Te - nazwijmy to - przywary, maskuje ciętym poczuciem humoru, jest mocno ironiczny wobec świata, cyniczny wobec siebie. I właśnie w taki cyniczny sposób Diego sam siebie nazywa „Przystojniaczkiem”. Jestem przekonany, że każdy, kto zobaczy przedstawienie, zrozumie doskonale o co tu chodzi.

/Przystojniaczek, Teatr Kwadrat, reż. Andrzej Nejman, fot. mat. prasowy/
 
Nie masz wrażenia, że twój bohater nie tylko jest bardzo cyniczny, ale również pewny siebie?
Od momentu premiery spektaklu miałem okazję słyszeć na temat Diego bardzo różne opinie. Cieszy mnie, że takowe się pojawiają, bo to znaczy, że mój bohater rzeczywiście wzbudza emocje, a to dla mnie bardzo ważne. Ja zaś myśląc sobie o Diego na pewno nie powiedziałbym, że jest pewny siebie. Widzę to inaczej.
 
Inaczej, czyli jak?
Zauważ, że poznajemy Diego w momencie, gdy ma już te trzydzieści parę lat. To facet na pewnym etapie życia, z bagażem doświadczeń, które nie zawsze były pozytywne, ale dużo go nauczyły. W spektaklu przez cały czas wracamy do jego przeszłości, do momentu kiedy dopiero stał na progu dorosłości, jeszcze bardzo niepewny, niezdecydowany, może nawet pogubiony. Przez to, bardzo wyraźnie zarysowuje nam się kontrast pomiędzy tym kim był kiedyś, a tym kim jest dziś. Ja czuję, że Diego dojrzał i uważam, że bardziej niż pewność siebie emanuje z niego właśnie ta dojrzałość.
 
Mimo wszystko wyczuwam w obojgu bohaterów próbę ucieczki przed dorosłością. Zarówno Diego jak i Maria mierzą się z tym innym życiem.
Myślę, że jako trzydziestoparolatkowie zaczynamy inaczej postrzegać pewne kwestie. Zdążyliśmy odebrać od życia trudne lekcje i to weryfikuje nasze podejście do wielu tematów, do tego, kim chcemy być, jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla marzeń, a przede wszystkim mniej więcej wiemy już, gdzie leży granica kompromisu w relacji z drugim człowiekiem. Podejrzewam, że Maria, widząc jak rozmijają się z Diego jako dorośli ludzie, postanawia odsunąć od siebie tę romantyczną miłość, bo wie, że w jej obecnym życiu bardziej liczą się inne wartości. Chce mężczyzny, który będzie odpowiedzią na jej potrzeby, przy którym będzie czuła się bezpiecznie i stabilnie. Ale jak sama widzisz, kiedy dochodzi do konfrontacji z Diego, zaczynają odzywać się w niej emocje, a rozsądek schodzi na dalszy plan. Wydaje mi się to bardzo zbieżne z tym, co dzieje się w prawdziwym życiu.

/Przystojniaczek, Teatr Kwadrat, reż. Andrzej Nejman, fot. mat. prasowy/
 
Diego bez wątpienia jest bohaterem wielowymiarowym, zakładam, że granie takiej postaci sprawia ci ogromną przyjemność?
Zdecydowanie tak. Przystojniaczek to dla mnie wielka frajda. Ale na pewno nie jest tak, że nauczyłem się roli i wiem już o niej wszystko. To jest proces. Cały czas Diego poznaję i odkrywam w jego osobowości nowe odcienie. Oczywiście pracując nad Przystojniaczkiem nadaliśmy z reżyserem postaci pewne ramy. Jednak czuję, że mój bohater wciąż ewoluuje. Z każdym przedstawieniem coś zyskuje, coś traci, zmienia się. A ja cały czas staram się go przepuszczać przez siebie i tworzyć na nowo.
 
To jaki tak naprawdę jest Diego?
Maria nazywa go chimerą. Z jednej strony poprzez swoje liczne podboje łóżkowe aspiruje do miana klasycznego Don Juana, z drugiej wyraźnie wyczuwa się jego wrażliwość i duszę artysty, co zabarwia tę postać rodzajem uroczej gapowatości, którą chciałoby się zaopiekować. Kiedy omawialiśmy z reżyserem postać Diego, inspirowaliśmy się Woodym Allenem z lat 70. czy Hugh Grantem w Love Actually.  
 
Teraz chyba powinnam zapytać, czy ty w ogóle lubisz takiego Diego?
Bardzo go lubię, zwłaszcza jego poczucie humoru, niezdarność, ironiczne podejście do świata i te cięte riposty. Naprawdę dobrze się czuję w tej roli.
 
Przeczytałam w jednym z twoich wywiadów, że lepiej czujesz się w rolach dramatycznych niż komediowych, jak zatem odnalazłeś się w takim repertuarze?
Póki co lepiej czuję się w rolach dramatycznych, bo w takim repertuarze mam o wiele większe doświadczenie. Od wielu lat związany jestem z Teatrem im. Stefana Jaracza w Łodzi, gdzie w zasadzie nie miałem styczności z komedią. Ten gatunek pojawił się w moim życiu zawodowym jakiś rok temu, kiedy zaproponowano mi zastępstwo za Pawła Małaszyńskiego w spektaklu Ślub doskonały. Przyznam, że bardzo się tego bałem i do dziś nie mam pewności, czy udało mi się unieść rolę, którą grał Paweł Małaszyński. Ale zakładam też, że skoro zaproponowano mi kolejną rolę w Teatrze Kwadrat, to chyba nie było tak najgorzej (śmiech). Póki co, odkrywam komedię. To jest dla mnie jeszcze bardzo nieznany świat.
 
Podejrzewam, że grając w Przystojniaczku było ci trochę łatwiej niż w Ślubie doskonałym.
Z jednej strony trochę łatwiej, bo teoretycznie miałem już pewne doświadczenie w graniu roli komediowej, ale z drugiej nie do końca, ze względu na inny charakter i etap projektu. W Ślubie doskonałym wszedłem w zastępstwo, więc mówiąc kolokwialnie, ubrałem cudzy garnitur. Musiałem pewien układ zachować i powtórzyć. Oczywiście, miałem nieznaczną dowolność w kreowaniu tej roli, ale pewne schematy były już opracowane i musiałem się do nich po prostu dostosować. A w Przystojniaczku to była praca od podstaw. Wszystko trzeba było stworzyć od zera.
 
Dodatkowym utrudnieniem może być też to, że na scenie jesteście z Anną Karczmarczyk tylko we dwójkę.
Tak, masz rację, to dla mnie z pewnością była kolejna poprzeczka. Kiedy jesteśmy na scenie tylko my dwoje, musimy przez półtorej godziny skupić na sobie i utrzymać uwagę widza, by cały czas czuł zainteresowanie. Przy większej liczbie aktorów łatwiej osiągnąć ten efekt. Ciężar, czy też odpowiedzialność, rozkłada się na całą grupę.
 
Jak usłyszałeś, że masz zaśpiewać w spektaklu, to jaka była twoja pierwsza reakcja?
Nie ukrywam, że to była dla mnie bardzo problematyczna część scenariusza. Kiedy okazało się, że nie da się z niej zrezygnować, musiałem wziąć parę lekcji śpiewu i oczywiście starać się wykonać zadanie jak tylko mogłem najlepiej. Ale za każdym razem, kiedy tylko zbliża się ten moment w spektaklu, czuję lekki stres. Na szczęście reżyser tak to wszystko zainscenizował, że jak coś mi nie wyjdzie, to mój bohater zawsze może to jakoś spuentować, na przykład wyśmiać siebie, bo przecież on maluje, nie śpiewa.
 
Ale oprócz śpiewania, musiałeś jeszcze tańczyć.
To było już – na szczęście – dużo prostsze. Można powiedzieć że jedna próba wystarczyła, żeby załapać choreografię. Ale, żeby nie było za kolorowo, dostałem uwagę od reżysera, by Diego nie do końca czuł rytm. I to było już wyzwaniem. Trudno jest się poruszać poza rytmem, kiedy po prostu się go słyszy…
 
Oglądając Przystojniaczka można dopatrzeć się w nim wielu nietypowych rzeczy, powiedziałabym że wręcz abstrakcyjnych.
Owszem, jest tego trochę: samozasuwające się kotary, zjeżdżające mikrofony, jeżdżące elementy sceniczne czy też nagłe granie w konwencji serialu brazylijskiego. Kiedy pomysły takich rozwiązań scenicznych zaczęły pojawiać się na próbach patrzyliśmy z Anią na siebie z coraz większym przestrachem jak to wszystko obronić? Jednak Andrzej Nejman zapewniał nas, że nawet jeśli widzowie nie poczują, czy nie zrozumieją tego tu i teraz, później to złączy się w całość. Zaufaliśmy reżyserowi i rzeczywiście stało się tak, jak powiedział.
 
A jak pracowało ci się z Andrzejem Nejmanem?
Bardzo dobrze, ja po prostu od razu kupuję jego wizję, pomysł i to, że dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Na dodatek jest bardzo otwarty na głos aktorów. Czasem do tego stopnia jest to posunięte, że człowiek hamuje się, żeby na głos nie mówić o swoich abstrakcyjnych pomysłach…. bo prawdopodobnie trzeba by było sprawdzić, czy można je zrealizować… (śmiech).
 
Twój bohater mówi, że wierzy tylko w jedną miłość - niespełnioną. Jak ty odnosisz się do tego zdania?
Myślę, że to są prywatne przekonania Diego, odnoszące się do jego pierwszej miłości, zresztą nie do końca niespełnionej. Kiedy myślę o swojej… była magiczna, a przynajmniej tak ją zapamiętałem. Bardzo dziwny, szalony okres, ale też wspaniały, który wiele mnie nauczył i stał się pewnego rodzaju trampoliną w dorastaniu. Nie rozumiałem tego co się ze mną dzieje. Uczucie przejęło władzę nad moim życiem. Jakby ktoś odłączył od zasilania umysł, pozostawił tylko emocje. Nie umiałem myśleć o niczym innym, tylko o niej. Do tego stopnia, że przez cały letni semestr nie byłem w stanie nauczyć się tekstu na zajęcia z prozy, (Fakt - była to proza filozoficzna, więc materiał raczej z tych ciężej przyswajalnych…) w efekcie czego na egzaminie końcowym musiałem improwizować. Ale zdałem ten egzamin bardzo dobrze, bo w jego trakcie myślałem już o wieczorze z ukochaną. A to mnie mobilizowało… Szalony czas. Ale widzisz, mimo że było to ponad dziesięć lat temu i już dawno jest za mną, to kiedy spotykam tę dziewczynę, jakoś dziwnie się czuję, nagle plącze mi się język, nie wiem co powiedzieć, moje ruchy stają się niezgrabne. Taka sentymentalna pamięć ciała, która z pewnością dotknęła też Diego.

/Przystojniaczek, Teatr Kwadrat, reż. Andrzej Nejman, fot. mat. prasowy/
 
Nie jest ci go trochę szkoda, kiedy spektakl już zbliża się do końca?
Chcę myśleć o zakończeniu jako o niedomkniętej sprawie. Kończymy obserwować naszych bohaterów w momencie, kiedy w niej coś pęka, kiedy coś między nimi zaczyna się zmieniać. I ja po prostu chcę myśleć, że to krok, który otwiera im jakąś inną drogę. Mam nadzieje, że to jest dla nich dopiero początek wspólnej historii.
 
Mówiąc najprościej, my po prostu chcemy wierzyć w szczęśliwe zakończenia.
Masz rację, być może ta historia zakończy się inaczej, ale gdzieś podskórnie chcemy, by jednak byli razem. Gdyby zaś na finał przedstawienia spojrzeć mniej optymistycznie, ich spotkanie, w takich okolicznościach, z całą pewnością jest przełomowym momentem w życiu Diego. To wymowny impuls do tego, by pogodzić się z przeszłością i pójść dalej…




 
Autor: Carles Alberola
Tytuł oryginalny: Mandíbula afilada
Przekład: Rubi Birden
Reżyseria: Andrzej Nejman
Asystent reżysera: Katarzyna Hendzel
Scenografia: Natalia Kitamikado
Producent: Małgorzata Nejman
 
 
Autorka wywiadu:

 
          

youArtiste.com to oparta na wideo, wiodąca europejska platforma dla profesjonalnych artystów filmu i spektaklu : aktorekaktorówreżyserekreżyserówproducentówagencji i teatrów
Polecane kategorie

Uprzejmie informujemy, że w ramach naszej witryny używamy plików cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień oznacza, że akceptujesz otrzymywanie plików cookies.