Zaloguj się

 
 
 
Pamiętaj mnie
Opublikowany przez youArtiste® Czy warto walczyć o marzenia? - rozmowa z Wojciechem Kościelniakiem
Śpiewak jazzbandu, najnowszy musical Wojciecha Kościelniaka, to opowieść o tym czy warto podążać za marzeniami i jaką cenę trzeba zapłacić żeby je spełnić. W tej historii nic nie będzie proste i jasne, a wszystko dlatego że wątek dominujący to konflikt pomiędzy tym co stare i nowe. Jakim kluczem podążył reżyser sztuki? I jakie zakończenie wybrał, aby ten konflikt rozwiązać?

/Śpiewak jazzbandu, Teatr Żydowski, reż. Wojciech Kościelniak, fot. Magda Hueckel/
 
Agnieszka Kobroń: Spektakl, o którym będziemy rozmawiać podsunął mi dość ważne pytanie. Czy o marzenia warto walczyć za wszelką cenę?
Wojciech Kościelniak: Kluczowe jest tutaj stwierdzenie “za wszelką cenę”, bo czasem cena oznacza cudze nieszczęście. I wtedy, moim zdaniem, nie warto podążać za marzeniami. Warto to robić, jeśli nie krzywdzimy przy tym innych. Oczywiście, na początek należy postawić pytanie jakie marzenie, kto je chce realizować i czy jest ono możliwe do realizacji. A ta wszelka cena brzmi dość niebezpiecznie. Jeśli zapytałaby mnie pani, czy ogólnie warto iść za marzeniami, to bez chwili wahania powiedziałbym tak. Uważam, że inaczej życie nie ma sensu. Marzenie jest czymś najpiękniejszym, czymś co powoduje że chce nam się żyć, że mamy jakiś cel, że nie wegetujemy tylko podążamy. Uwielbiam słowo marzenie i to czym jest i jak najbardziej chcę je mieć i za nim podążać.
 
To czym w takim razie jest to marzenie?
Marzenie jest dla mnie zjawiskiem w przyszłości, które może dać szczęście.
 
I taką osobą, która uwierzyła w swoje marzenie jest bohater pana najnowszego spektaklu Śpiewak jazzbandu. Porzuca dom i postanawia zostać wielkim i znanym artystą.
Bardzo dyskusyjna sprawa, bo wiele decyzji czy zdarzeń, które wydarzyły się w życiu bohatera nie mają jednowymiarowego znaczenia. Odejście Jakiego Rabinowitza z domu jest trochę jego decyzją, a trochę decyzją jego ojca, który przecież wyrzuca go z domu. Nie możemy powiedzieć, że to nasz główny bohater porzuca dom i podąża za marzeniem, bo jest to wtedy bardzo krzywdzące dla konstrukcji tej opowieści. To ojciec go wypędził, bo Jakie nie chciał iść w jego ślady, a Jakie z kolei nie chciał żyć życiem swojego ojca, dlatego odszedł.
 
Ale odchodzi z tego domu w bardzo młodym wieku.
W filmie w reżyserii Alana Croslanda nasz bohater jest rzeczywiście bardzo młodym chłopcem, ale w sztuce Samsona Raphaelsona, na motywach której powstał wcześniej wspomniany film, Jakie nie jest już dzieckiem. Jest mu bliżej do tak zwanej dorosłości. Więc wiele zależy od tego którą wersję przyjmiemy. Bo tam pojawia się niesubordynacja wobec świata, okrucieństwo rodziców, którzy postawili swojemu dziecku jeden warunek, albo żyjesz tak jak my, albo wynoś się z domu.

Patrząc na postawę Jakiego uważam, że miał ogromne rozdarcie wewnętrzne, pomiędzy rodziną i wieloletnią tradycją, a spełnieniem swojego największego marzenia.
Na początku trzeba uświadomić sobie jedną istotną rzecz, Jakie Rabinowitz urodził się już w Nowym Jorku, czyli tzw. Nowym świecie. Jego rodzice najprawdopodobniej byli emigrantami, którzy uciekali przed prześladowaniami. To byli ludzie, którzy przywieźli do Stanów Zjednoczonych ogromną traumę. W ich pojęciu przetrwali to wszystko tylko dlatego, że mieli bardzo silne zasady i trzymali się razem. I teraz zwróćmy uwagę, że kiedy udało im się coś osiągnąć, udało im się wyjść z tej traumy, można powiedzieć że zapomnieć, to słyszą od swojego jedynego dziecka, że ich zasady nie są dla niego wcale ważne, że jego interesuje jakiś zgiełk - czyli jazz. To jest dokładnie to samo, co stało się z młodzieżą lat 60. Można ją nazwać pokoleniem dzieci rodziców, którzy wygrali II wojnę światową. Oni marzyli wtedy o stabilizacji, o małych domkach z ogródkiem, chcieli mieć po prostu spokój. A wszystko to dlatego, że w głowach mieli tylko chaos, dekonstrukcję świata, wojnę i rozlew krwi. W związku z tym ten mały porządek był dla nich czymś pięknym. Natomiast, ich dzieci, tak jak Jakie Rabinowitz, odrzuciły takie życie - szukaly tego, co niepokorne, nowe, nieokiełznane. Więc to pokazuje, że wiele zależy od punkt widzenia, bagażu doświadczeń.

W Śpiewaku jazzbandu pojawia się wiele wątków, czy któryś z nich jest bardziej dominujący w pana spektaklu?
Wątkiem dominującym i w ogóle powodem dla którego zdecydowałem się wyreżyserować tę sztukę jest konflikt. Konflikt tradycji z nowoczesnością. Konflikt wiary z jej brakiem. Konflikt nowego ze starym. Czy też konflikt muzyki żydowskiej z muzyką jazzową. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że różne spojrzenia na świat zawsze będą ze sobą walczyć. Ale chciałbym aby istniała jakaś możliwość pogodzenia tych z pozoru sprzecznych rzeczy. Zaczęła pani naszą rozmowę od marzeń i właśnie to jest moje marzenie. Proszę zobaczyć, jakby tak wyjrzeć za okno to mamy jeden wielki konflikt, bardzo pokrewny temu co dzieje się w sztuce. I nam wydaje się to wręcz niemożliwe do pogodzenia, a mimo wszystko chcemy marzyć o tym, że to jest możliwe, że jedność i pojednanie może zagościć na dobre na tym świecie.

/Śpiewak jazzbandu, Teatr Żydowski, reż. Wojciech Kościelniak, fot. Magda Hueckel/
 
Z tego co wiem, to nie znał pan wcześniej Śpiewaka jazzbandu.
To prawda. Śpiewak jazzbandu pojawił się całkowitym przypadkiem podczas dyskusji o tym jaką sztukę wziąść na warsztat, wyreżyserować. Po obejrzeniu filmu wspomnianego już Alana Croslanda od razu stwierdziłem, że chcę poruszyć ten temat. Bo przez całą tę opowieść pojawia się bardzo ciekawy konflikt. Jednak od razu zaznaczyłem, że dla mnie bardzo ważne jest aby móc napisać tę sztukę od nowa, z nieco innym zakończeniem, dostosować ją też do naszych realiów. I udało się, od spadkobierców samego autora dzieła, Samsona Raphaelsona, otrzymaliśmy prawa na stworzenie autonomicznej historii na motywach jego sztuki.
 
Co kryje się pod stwierdzeniem, że chciał pan napisać tę sztukę od nowa?
Przede wszystkim zależało mi na przygotowaniu musicalu, bo do tej pory Śpiewak jazzbandu był wyrażany przez dramat, potem przez gatunek filmowy, a teraz przyszła pora na scenę muzyczną. Po drugie, z dzisiejszego punktu widzenia możemy pokusić się o polemikę z zakończeniami tej opowieści. U Samsona Raphaelsona jest jedno zakończenie, w filmie drugie, a my przygotujemy jeszcze coś innego.

/Śpiewak jazzbandu, Teatr Żydowski, reż. Wojciech Kościelniak, fot. Magda Hueckel/
 
Bardzo mnie pan zainteresował tym zakończeniem.
W sztuce Raphaelsona było tak, że Jakie Rabinowitz rezygnuje z marzeń, ze swojej kariery i wraca do rodzinnej tradycji, zostaje pobożnym Żydem. W filmie natomiast mamy szczęśliwe zakończenie, bo nasz bohater jednocześnie wraca do rodziny i spełnienia marzenia. A mnie się wydaje, że to filmowe rozwiązanie jest kompletnie nieprawdziwe. Bo jeśli ktoś pokochał jazz, pokochał Broadway to już nie jest i nie będzie w stanie wrócić bez złamanych skrzydeł do synagogi, do tradycji. Zresztą nie jest prawdą, że można tak sobie zerwać premierę na Broadway’u i po kilku miesiącach wrócić na scenę jakby nic się nie wydarzyło. Ten świat jest okrutny i nie wybacza. Dlatego postanowiliśmy trochę to zakończenie skomplikować, wymyślić od nowa. Ale, podkreślam że to jest wymyślone na podstawie realiów historycznych. Można powiedzieć, że pobawiliśmy się prawdą.
 
Mam przez to rozumieć, że zostawi pan otwarte zakończenie?
Tego nie mogę zdradzić. Natomiast wydaje mi się, że to będzie zakończenie które jakoś usatysfakcjonuje widzów. Ono niesie ze sobą wiele warstw, dlatego nic nie będzie tutaj tak bardzo oczywiste. Ale mam nadzieję, że uda nam się stworzyć jednocześnie zabawne i prawdziwe zakończenie.
 
Kiedy Jakie zrywa premierę na Broadway’u to od razu pomyślałam o tym, co by było gdyby tak u nas jakiś aktor powiedział, że nie zagra, wycofuje się. To się przecież nie zdarza.
Patrząc na to wszystko co przeżył ten bohater niespecjalnie dziwię się temu co robi. My czytając dramat czy oglądając film mamy uwierzyć, że wtedy, w tamtych czasach, Jakie mógł tak zrobić. I ja w jakiś sposób w to wierzę. Ale patrząc przez pryzmat naszych realiów wydaje się to wręcz niemożliwe.

/Śpiewak jazzbandu, Teatr Żydowski, reż. Wojciech Kościelniak, fot. Magda Hueckel/
 
Zatem, czy ta opowieść będzie zakorzeniona w przeszłości czy w teraźniejszości?
Powiem tak, to jest nasze dzisiejsze spojrzenie na tamten czas. Nie zobaczymy tutaj historycznych odniesień, bo ani rozwiązania muzyczne ani kostiumy ani scenografia nie będą się odnosić bezpośrednio do tamtych czasów. Natomiast, my czerpiemy z tamtego okresu bardzo wiele, ale jest to tak przetworzone, aby dobrze oglądało się i słuchało tego musicalu widzowi. Aby widz rozumiał bohatera sercem, a nie głową.
 
 

/Reżyser Wojciech Kościelniak,
fot. mat. prasowe/


 
Najbliższe spektakle:
Teatr Żydowski w Warszawie
24, 25, 27 sierpnia, godz. 18:00/19:00


 
Autorka wywiadu: Agnieszka Kobroń
Założycielka i kreatorka blogów Afisz Teatralny oraz Klatka Filmowa, z zamiłowania dziennikarka. 
Afisz Teatralny to miejsce stworzone z miłości do teatru. Recenzje, wywiady, literatura i wszystko inne co o współczesnym teatrze warto wiedzieć. 
Klatka Filmowa powstała w 2018 roku z miłości do polskiego kina. Recenzje, ciekawostki i nowości, a także wywiady z twórcami.



         
 

Uprzejmie informujemy, że w ramach naszej witryny używamy plików cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień oznacza, że akceptujesz otrzymywanie plików cookies.